Dzisiejsza Liturgia Słowa wzywa do czuwania i gotowości na przyjście Chrystusa. Taka gotowość oznacza, że spodziewamy się Chrystusa Pana, który przychodzi. Już na samym początku możemy zadać sobie pytanie o to, czyjego przyjścia do naszego domu możemy się spodziewać, a czyjego nie. Wiadomo, że czasem następują pewne pomyłki, ktoś pomyli drzwi, ale nie o takie przyjście tu chodzi. Przyjść do domu może ktoś, kogo w jakiś sposób znamy, jest nam bliski, ktoś, z kim łączy nas jakaś relacja. Zachęta do czuwania na przyjście Pana Jezusa jest zachętą i przypomnieniem, że nie jest On przypadkowym przechodniem, jest Kimś, kogo możemy się spodziewać, a więc jest Bliskim. Osoba bliska nie może być mi obojętna, bo łączą nas wspólne, życiowe sprawy.

Bardzo pięknie i celnie o przyjściu Boga do naszego życia mówi czytana dzisiaj Księga Mądrości: „Czym pokonałeś przeciwników tym wsławiłeś nas – powołanych”. Przyjście Chrystusa do naszego życia nie jest jak odwiedziny kapłana „po kolędzie” zależne od naszej woli: kto chce, to zaprasza, a kto nie chce to nie. W naszej obecnej kulturze wolność i samowola tak zapchały nam głowy, że nie mieści się już w nich to, że coś może stać się niezależnie ode mnie, że Ktoś może mieć coś do powiedzenia w sprawach mojego życia. Ale właśnie prawdziwa mądrość polega na tym, że wiem o przychodzącym Panu. Chrystus przyjdzie do każdego i każdej z nas, a jedynie my możemy wypaść dobrze jako przygotowani albo głupio jako nie gotowi. Istotnie, dla jednych ludzi spotkanie z Panem Jezusem jest długo oczekiwanym i wytęsknionym wydarzeniem; będzie dla nich niebem. Dla innych ludzi spotkanie z Chrystusem będzie piekłem. Ze strony Pana Boga wieczność wygląda dla wszystkich jednakowo. To tylko my odbieramy ją na różne sposoby. Dla jednych wieczność z Bogiem jest niebem, dla innych jest piekłem. Niech za przykład posłuży tutaj Msza Święta, albo czas Adoracji Najświętszego Sakramentu. Dla jednych ludzi jest to najszczęśliwszy czas na świecie, a dla innych siedzenie jak na szpilkach, jak na skazanie, którego nie mogą znieść do tego stopnia, że nie uczestniczą nawet we Mszach Świętych na ślubie lub na pogrzebie bliskich osób. Problemem tutaj nie jest czas, bo przecież o wiele dłużej przesiadujemy w barach, na rybach, przy telewizorach czy nawet na meczach. Problemem jest niechęć samego spotkania z Bogiem, bo tylko moment spotkania z Bogiem pokazuje mi prawdziwy stan mojej duszy: jej mądrość, jej przygotowanie, stan, a więc czystość lub zabrudzenie jej duchowych szat, a może wręcz moją własną nędzę czy zniewolenie. Nie lubimy przeglądać naszej duszy w czystym zwierciadle Bożego Oblicza. Nie lubimy, bo pokazuje nam prawdę o nas, której nie chcemy zaakceptować. Gdzieś w głębi duszy wiem, że nie mogę ostatecznie uniknąć spotkania z Chrystusem, więc nie chcę o tym po prostu myśleć i odkładam myślenie o przygotowaniu na wieczne „nigdy”, a przecież zawsze nastąpi ono kiedyś.

Dzisiejszy świat daje nam dużo różnych propozycji spędzania czasu i zaangażowania się w zajęcia. Wydaje nam się, że nasza ludzka reakcja wyrażająca się w słowach „nie chce” jest taka niewinna. A tymczasem nasze ludzkie „nie chcę” nigdy nie jest niewinne. Zawsze za tym coś się kryje i przeważnie ta prawda nie stawia nas samych w dobrym świetle.

Często mówi się, że przyjście Chrystusa Pana nastąpi na końcu świata, albo w momencie śmierci. Nikt z ludzi o zdrowym rozsądku nie powinien w każdej chwili bać się śmierci, bo nie byłby w stanie wychylić nosa spod kołdry. Ale z drugiej strony przypomina mi się sytuacja opowiedziana przez znajomego kapłana. Otóż przyjmował on w kancelarii pogrążoną w żałobie rodzinę pewnego zmarłego człowieka. Człowiek ten zmarł nagle i to w sile wieku. Kiedy ksiądz zadał urzędowe pytanie o to, czy zmarły przed śmiercią przyjął Sakramenty Święte, zapłakana rodzina odpowiedziała: „Nie, proszę księdza, bo on się nie spodziewał, że umrze”. Czy tak trudno sobie uzmysłowić, że każdy z nas umrze? Człowiek, który żyje przyziemnie, opiera całą swoją wiedzę nie na rozmyślaniach, ale na doświadczeniu. Ponieważ nigdy nie doświadcza własnej śmierci, a zawsze śmierci kogoś innego, nie boi się śmierci, bo przecież zawsze umierają inni, a nie ja. Tymczasem celem dzisiejszej Ewangelii nie jest straszenie człowieka słowem „umrzesz”, ale zachęta do bycia gotowym na każde spotkanie z Chrystusem. Śmierć jest tylko jednym z możliwych spotkań.

„Czy o drugiej, czy o trzeciej straży przyjdzie, szczęśliwi oni, gdy zastanie ich czuwających” – przypomina Ewangelia. To, że Pan Jezus przychodzi raz tak, raz inaczej oznacza, że jest wiele szans na spotkanie z Nim. W czasach Chrystusa ludzie ubierali się w ten sposób, że po prostu nosili na ciele długą szatę. Na czas snu i odpoczynku była ona luźna. Na czas dnia i pracy zakładano opaskę na biodra: ułatwia ona zajęcia z długiej szacie, sprawia, że człowiek porusza się sprawnie, ale także oznacza skromność i powściągliwość, kiedy wychodzi się do ludzi. Wszystkie te cechy: praca nad sobą, porzucenie snu i lenistwa, skromność i powściągliwość są cechami człowieka gotowego na spotkanie z Osobą bliską i dla niego ważną, której oświetla się drogę płonącą pochodnią. Hańbiąca nagość i rozlazłość, to stan, który człowiek ukrywa w ciemności. Bądźmy czuwający i gotowi cały czas, a zobaczymy jak wiele jest w życiu spotkań z Chrystusem.

Ks. B. Krzos

 

logo

caritas

Liturgia na dziś

Copyright © 2022 Parafia Św. Józefa w Sandomierzu. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem wydanym na warunkach GNU Powszechnej Licencji Publicznej.
DMC Firewall is a Joomla Security extension!