Dzisiejsza Liturgia Słowa pokazuje prawdę o Miłosierdziu Bożym, które czeka na grzesznika, a poszukuje każdego, kto się zagubił. Ewangelia ma dwie wersje. Krótsza opowiada o Dobrym Pasterzu, który idzie za zagubioną owcą i o kobiecie, która szuka zagubionej monety. Dłuższa wersja mówi o synu marnotrawnym. Przypowieść ta jest tak naprawdę przypowieścią o Miłosiernym Ojcu. Zauważmy, że zaczyna się nie od słów: „Pewien człowiek wziął majątek ojca i wyruszył w dalekie kraje”, ale od słów: „Pewien człowiek miał dwóch synów…”, co wskazuje na Głównego Bohatera przypowieści. Specjaliści od Pisma Świętego uczą, że synowie mieli prawo do majątku po ojcu dopiero wtedy, kiedy ojciec umarł. Powiedzenie do ojca: „Daj mi moją część spadku” na pewno zraniło jego duszę. Zabrzmiało ono dokładnie tak, jakby młodszy syn chciał, żeby ojciec już umarł, lub życzył mu śmierci lub po prostu oświadczył „dla mnie już umarłeś”. Tak właśnie dzieje się w czasie grzechu. Człowiek „oświadcza” Bogu, że Go nie chce i nie potrzebuje, że równie dobrze Boga mogłoby nie być. Syn Marnotrawny, który życzy ojcu śmierci jest obrazem człowieka, który sam chce zająć jego miejsce jako pana całej majętności, czyli być „jak Bóg”. Przezorny Ojciec dzieli majątek między siebie i synów. Bóg, jako dobry Ojciec pozwala nam czasem trwonić nasze życie: nasz czas, siły i dobro, które mamy, tylko po to, żeby nauczyć nas czegoś ważnego o życiu: pokazać nam prawdę o nas samych.

Syn Marnotrawny zaczyna cierpieć niedostatek, czyli przeżywa stan, jaki nie był mu znany w domu Ojca. Idzie więc do człowieka – obywatela tej krainy, w której rozpuścił swój majątek. Być może to właśnie ten człowiek wycyganił od młodzieńca przynajmniej część z jego dóbr. A teraz poniżył go w ten sposób, że kazał mu paść świnie. Świnia dla Izraelity była zwierzęciem nieczystym, a więc nie mógł zjeść jej mięsa. Opłakany stan doprowadził go do tego, że karmił świnie sam cierpiąc głód i nie odnosząc żadnej korzyści. Tak właśnie działa zły duch. Najpierw oferuje pewne przyjemności w zamian za to, że popełniamy grzechy, a więc trwonimy lekkomyślnie swój majątek. Potem przyjemności są coraz mniejsze i coraz droższe, bo popełniamy więcej i więcej grzechów już nie dla przyjemności, ale dla ukojenia nerwów, spokoju, czy też żeby pozbyć się jakiegoś dręczącego uczucia. W końcu robimy już dosłownie wszystko co złe, bez żadnej korzyści i pożytku dla nas. Marnujemy życie nie dostając w zamian nic. Bez Ojca Syn ponosi porażkę za porażkę i orientuje się w końcu, że jest nędzarzem, mniej ważnym w oczach innych niż ich zwierzęta. Wtedy mówi do siebie: „Iluż to najemników mojego Ojca ma pod dostatkiem chleba, a ja tu z głodu ginę”. Zaczyna myśleć o swoim Ojcu, który przecież jest jego ojcem przez cały czas i umie dobrze zarządzać swoim domem. Myśli o swoim Ojcu bardzo pozytywnie, podziwia Go i szanuje za wszystko, co Ojciec robi dla tych, nad którymi ma opiekę. Zastanawia się, jak mógł odrzucić tak wspaniałego Ojca. Decyduje się wyruszyć i przyznać do winy: „Zgrzeszyłem przeciw Niebu i względem Ciebie”. To wyznanie oznacza, że syn uświadomił sobie, że życząc śmierci Ojcu, czy też wręcz uśmiercając ojca we własnym sercu postąpił wbrew porządkowi natury (symbolizują go niebo i ziemia) oraz wystąpił przeciw najukochańszej osobie. Syn uznaje za słuszną karę, jaka mogłaby go spotkać ze strony Ojca – „zdegradowanie” z roli syna do roli pracownika, ale i w tej karze dopatruje się miłosierdzia, bo przecież nie będzie cierpiał nędzy i głodu. Jest to w jakiś sposób naturalne, że człowiek sam siebie osądza i sam chce sobie wymierzać karę. Nie powinniśmy jednak zbyt daleko brnąć w tym toku myślenia. Mamy bowiem tendencję do tego, żeby w samych sobie dokonywać podziału na „lepszego mnie” i „gorszego mnie”. Kiedy nagrzeszymy, źle się czujemy z myślą, że my właśnie tak a nie inaczej postąpiliśmy. Więc łatwo wchodzimy w rolę „lepszego mnie” i osądzamy tego „gorszego mnie” patrząc jakby z góry i nie szczędząc mu inwektyw i kar. Niechby jednak ktoś inny spróbował tylko nas podobnie osądzać, a zareagowalibyśmy buntem i obrazą. Takie sądzenie samego siebie też jest wyrazem pychy. Nie zapominajmy, że Syn Marnotrawny wcześniej „przystał do jednego z obywateli tej obcej krainy”, a więc należał już do innego domostwa. Bardzo ważne jest to, że w końcu zdecydował: „Zabiorę się i pójdę do mego Ojca”. To znaczy nie chciał być już częścią tego środowiska, w którym jego właściciel więził go wśród świń. Zorientował się jak nędzne są warunki, na których diabeł trzyma duszę w grzechu i postanowił zerwać te „umowy” i wrócić do Ojca. Nie zapominajmy, że czekała go jeszcze droga powrotna, w której być może nawet poczuł jeszcze większą nędzę i głód. W końcu nie pracował już dla swojego wyzyskiwacza, ale jeszcze nie był u Ojca. Tak właśnie dzieje się, kiedy człowiek nawraca się z grzechów. Na początku przeżywa pewne trudności, ale mimo wszystko wraca z radością, którą daje mu poczucie bezinteresownej miłości Boga – troskliwego Ojca i Opiekuna swoich podwładnych. Okazuje się, że Syn spotyka Ojca znacznie wcześniej niż się spodziewał. Kochający Ojciec czekał na niego w połowie drogi. Pozwolił mu tylko wyznać to, co zrobił, a reszty zdania nie dał mu dokończyć. Odbyła się spowiedź, ale bez ubliżania samemu sobie, bez wymierzania sobie pokuty i kary, bo Ojciec po prostu nie pozwolił mu tego zrobić. Przywrócił Syna do pełnej wspólnoty i godności i do pełnego udziału w domu Ojca.

Ks. B. Krzos

logo

caritas

Liturgia na dziś

Copyright © 2022 Parafia Św. Józefa w Sandomierzu. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem wydanym na warunkach GNU Powszechnej Licencji Publicznej.
Our website is protected by DMC Firewall!