Dzisiaj staje przed naszymi oczami św. Jan Chrzciciel. Nie trzeba nawet dodawać, jak niezwykły jest to prorok. Jako jedyny z poprzedników Zbawiciela był mu współczesny. Nie prorokował więc o Bogu, który kiedyś nadejdzie, ale o Bogu, który był i jest obecny w świecie. Istotnie mogło tak być, że sam Pan Jezus stał między słuchaczami Jana. Ewangelia opisuje, że ciągnęła do niego cała kraina Judy i Zajordania razem z mieszkańcami Jerozolimy. Tereny te zostały wspomniane nieprzypadkowo. Jest to przecież państwo Judzkie, w którym realizowały się obietnice Boga dane Ludowi Wybranemu, nad tymi ziemiami Pan Bóg ustanowił królem Dawida i obiecał mu, że Mesjasz – jego Potomek odziedziczy to królestwo. Tymczasem królestwo to przypadło w udziale Herodowi i jego potomkom. Nie tylko nie byli oni spadkobiercami Dawida, ale wręcz byli obcokrajowcami, którzy władzę przejęli w niecny sposób. To właśnie Herod Antypas został przez Chrystusa Pana nazwany „człowiekiem w miękkich szatach”. Nie bogactwo i miękkie szaty oraz rozmach świąt i budowli Herodów przyciągał ludzi. Ich poddani sami spontanicznie gromadzili się przy św. Janie Chrzcicielu. Co takiego było w tym ostatnim Proroku Starego Testamentu, że Ewangelia opisuje go wręcz jako nieformalnego władcę Judei?

         Na pewno na uwagę zasługuje autentyczna postawa św. Jana, który nie przebierając w słowach głosi prawdę każdemu i to prosto w oczy. Można nazwać tego Proroka – Przyjacielem Prawdy. Był jej tak wierny, jak najwierniejszy przyjaciel; wierny do tego stopnia, że oddał życie za prawdę. Ojcowie Kościoła mówią wyraźnie, że kto oddaje życie za Prawdę, oddaje je za Chrystusa, który sam powiedział o sobie: „Ja jestem Prawdą”.

         Św. Jan Chrzciciel był także człowiekiem modlitwy. Benedykt XVI nazwał go wręcz „dzieckiem modlitwy”. Wiemy, że św. Jan przyszedł na świat w rodzinie św. Elżbiety i Zachariasza, którzy całe życie modlili się o dziecko. Byli już w tak podeszłym wieku, że ich ciała były biologicznie obumarłe, a w zasadzie jedynie modlitwa im pozostała. Narodzenie św. Jana zostało zapowiedziane w Świątyni Jerozolimskiej, a więc w miejscu modlitwy i to w czasie modlitwy, kiedy Zachariaszowi przypadło szczęście wejścia do Przybytku. Narodzeniu Jana towarzyszyła modlitwa dziękczynienia i uwielbienia, modlitwa, która była darem języka, bo przecież wzniósł ją niemy dotąd ojciec Proroka. Modlitwa ta, zwana Kantykiem Zachariasza albo Błogosławiony Pan Bóg Izraela, stała się tak znamienita, że na stałe weszła do modlitwy brewiarzowej i jest do dziś odmawiana przez wszystkich kapłanów i osoby konsekrowane co rano w czasie jutrzni. Narodzenie św. Jana na trwałe zostawiło więc ślad w naszej pobożności. Tradycja podaje, że poprzednik Pana Jezusa, szybko osierocony przez rodziców, wychowywał się na pustyni. Pustynia także jest miejscem pełnym symboliki w Piśmie Świętym. Jest ona miejscem kontaktu z Bogiem, bo nic i nikt człowieka wtedy nie rozprasza, za niczym nie można się schować i nic nie liczy się wobec majestaty Bożego przewyższającego ogrom pustyni. Ale pustynia to miejsce, gdzie wielu ludzi postradało zmysły, a nawet zmarło od słońca. Jest to więc także miejsce konfrontacji – starcia ze złym duchem, który przychodzi w postaci naszych najgłębszych lęków, najsilniejszych emocji i najtrudniejszych do okiełznania popędów. Pustynia to miejsce, gdzie ostatecznie człowiek musi zająć się także sobą i zmierzyć się z samym sobą: swoimi myślami i pragnieniami, przed którymi nic go nie zasłoni. My lubimy zajmować naszą uwagę drobnostkami, bo wtedy może ona być odwrócona od tego, co najważniejsze, a co dla nas może nie jest przyjemne. Można powiedzieć, że św. Jan także zaprzyjaźnił się z pustynią.

         Wreszcie św. Jan był człowiekiem pokornym i powściągliwym. Niemiła w dotyku wielbłądzia szata była dla Jego ciała jak włosiennica. Pas na biodrach to znak czystości i wstrzemięźliwości. Szarańcza, jako „pokarm najbiedniejszych”, stawiała św. Jana w jednym szeregu z nimi. Tak bardzo pokornie wyrażał się Chrzciciel o Chrystusie. Mówił, że nie jest godzien rozwiązać Mu sandałów, a kiedy przyszła pora – usunął się w cień, bo – jak sam powiedział: „Potrzeba, aby On wzrastał, a ja bym się umniejszał”.

         Ogólnie, życie św. Jana można śmiało nazwać najbardziej radykalnym. Na takie życie może zdobyć się jedynie człowiek, który osobiście spotkał Boga. Czy Pan Jezus, jako dziecko spotykał się ze swoim kuzynem św. Janem, tak, jak się to przedstawia na obrazach, czy tez Jan nie znał Boskiego krewniaka osobiście , tego nie wiadomo. Być może Chrzciciel spotkał Boga tylko wtedy, kiedy Maryja przyszła w odwiedziny do swojej kuzynki Elżbiety i oba dzieciątka: Jezus i Jan spotkali się, choć nie bezpośrednio. To czyni św. Jana jeszcze bardziej autentycznym, bo i my także spotykamy się z Bogiem nie widząc Go oczami, czy słysząc uszami, ale poznajemy Go pośrednio po radości Ducha Świętego, którą nam przynosi, kiedy żyjąc na tym świecie, ukryci jesteśmy niejako w łonie tego świata. Nie trzeba fizyczni widzieć Chrystusa, żeby się z Nim spotkać, skontaktować i tak zjednoczyć swoje myśli z nim, żeby móc ludziom wskazywać: „Idzie mocniejszy ode mnie”, lub: „oto Baranek Boży”. Niech św. Jan prowadzi nas drogami Adwentu już nie do wód Jordanu, ale do najczystszego źródła Łaski, jakim jest sam Jezus Chrystus.

Ks. B. Krzos

 

logo

caritas

Liturgia na dziś

Copyright © 2023 Parafia Św. Józefa w Sandomierzu. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem wydanym na warunkach GNU Powszechnej Licencji Publicznej.
DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd