Dzisiejsza Liturgia Słowa mówi o tragicznych losach prawdy. Kiedy sięgniemy do literatury lub do filmu, kiedy się czyta albo ogląda jakikolwiek dramat, zazwyczaj dochodzi w nim do konfliktu prawdy z jakimiś innymi wartościami. Prawda zawsze jest postacią dramatu. Nawet jeśli chodzi tam powiedzmy o miłość, to zawsze mamy do czynienia z konfliktem prawdziwej miłości względem fałszywej. Podobnie dzieje się w przypadku innych wartości: zawsze są to wartości prawdziwe kontra inne, takie, które tylko podają się za prawdziwe, lub są tak uznane przez ludzi. Na tym polega cały dramat, że prawda czasem musi walczyć o swoje i nie zawsze od razu zwycięża.

         Tak dramatyczny był los proroka Jeremiasza. Prorokował on już u schyłku królestwa Judzkiego. Były to czasy, w których Juda była małym i słabym państewkiem wciśniętym między dwa mocarstwa: Egipt z jednej strony a Babilon z drugiej. Nie trzeba tu wielkiej geopolityki, żeby zrozumieć, że ta sytuacja nie jest ciekawa i bezpieczna dla kraju. Ale ona nie wzięła się znikąd. Przecież dawniej to Izrael był potężnym krajem. Potężnym zewnętrznie, militarnie i finansowo. Niestety ludzie nie byli posłuszni Bogu, od którego pochodzi wszelkie bogactwo i dobry byt. Naród wybrany niestety zwracał się do sąsiednich narodów: imponowały im ich obyczaje, kultura i religia. Pan Bóg wielokrotnie przez proroków przestrzegał swój naród. Wołał, że ci, do których tak biegną, których tak podziwiają i naśladują, staną się kiedyś przyczyną upadku. Ludzie byli głusi na te wołania i w końcu Pan Bóg dopuścił do tego, żeby ponieśli konsekwencje swoich niewierności. Nie przestał ich jednak kochać. Posłał a te ostatnie dni proroka Jeremiasza, który stał się prorokiem tragicznym. Nie miał on prorokować radości, zwycięstwa i chwały, ale jak sam to opisał: „gwałt i ruinę”. Sam prorok nie był nawet za bardzo chętny do tej misji, ale Słowo Boże go przynaglało. W całym smutnym losie, który czekał Lud Wybrany Pan Bóg dawał przez Jeremiasza iskierkę nadziei: Judejczycy mogli się dobrowolnie poddać woli Bożej, a wtedy byłaby dla nich łagodna. Ludzie może nawet by posłuchali proroka, ale nie chcieli go słuchać możni i władcy. W obawie o własny los woleli szukać ratunku u obcych. Oczywiście nie znaleźli a kraj i tak został spustoszony, Jerozolima zdobyta a świątynia spalona. Proroka Jeremiasza oskarżono o to, że sieje defetyzm i zniechęca ludzi do walki. Wrogowie chcieli się go pozbyć, a więc uwięziono na jakiś czas w cysternie pełnej błota, a więc było to bardzo uciążliwe i upokarzające więzienie.

Czytaj więcej: Kilka myśli na XX Niedziele Zwykłą

Dzisiejsza Liturgia Słowa wzywa do czuwania i gotowości na przyjście Chrystusa. Taka gotowość oznacza, że spodziewamy się Chrystusa Pana, który przychodzi. Już na samym początku możemy zadać sobie pytanie o to, czyjego przyjścia do naszego domu możemy się spodziewać, a czyjego nie. Wiadomo, że czasem następują pewne pomyłki, ktoś pomyli drzwi, ale nie o takie przyjście tu chodzi. Przyjść do domu może ktoś, kogo w jakiś sposób znamy, jest nam bliski, ktoś, z kim łączy nas jakaś relacja. Zachęta do czuwania na przyjście Pana Jezusa jest zachętą i przypomnieniem, że nie jest On przypadkowym przechodniem, jest Kimś, kogo możemy się spodziewać, a więc jest Bliskim. Osoba bliska nie może być mi obojętna, bo łączą nas wspólne, życiowe sprawy.

Bardzo pięknie i celnie o przyjściu Boga do naszego życia mówi czytana dzisiaj Księga Mądrości: „Czym pokonałeś przeciwników tym wsławiłeś nas – powołanych”. Przyjście Chrystusa do naszego życia nie jest jak odwiedziny kapłana „po kolędzie” zależne od naszej woli: kto chce, to zaprasza, a kto nie chce to nie. W naszej obecnej kulturze wolność i samowola tak zapchały nam głowy, że nie mieści się już w nich to, że coś może stać się niezależnie ode mnie, że Ktoś może mieć coś do powiedzenia w sprawach mojego życia. Ale właśnie prawdziwa mądrość polega na tym, że wiem o przychodzącym Panu. Chrystus przyjdzie do każdego i każdej z nas, a jedynie my możemy wypaść dobrze jako przygotowani albo głupio jako nie gotowi. Istotnie, dla jednych ludzi spotkanie z Panem Jezusem jest długo oczekiwanym i wytęsknionym wydarzeniem; będzie dla nich niebem. Dla innych ludzi spotkanie z Chrystusem będzie piekłem. Ze strony Pana Boga wieczność wygląda dla wszystkich jednakowo. To tylko my odbieramy ją na różne sposoby. Dla jednych wieczność z Bogiem jest niebem, dla innych jest piekłem. Niech za przykład posłuży tutaj Msza Święta, albo czas Adoracji Najświętszego Sakramentu. Dla jednych ludzi jest to najszczęśliwszy czas na świecie, a dla innych siedzenie jak na szpilkach, jak na skazanie, którego nie mogą znieść do tego stopnia, że nie uczestniczą nawet we Mszach Świętych na ślubie lub na pogrzebie bliskich osób. Problemem tutaj nie jest czas, bo przecież o wiele dłużej przesiadujemy w barach, na rybach, przy telewizorach czy nawet na meczach. Problemem jest niechęć samego spotkania z Bogiem, bo tylko moment spotkania z Bogiem pokazuje mi prawdziwy stan mojej duszy: jej mądrość, jej przygotowanie, stan, a więc czystość lub zabrudzenie jej duchowych szat, a może wręcz moją własną nędzę czy zniewolenie. Nie lubimy przeglądać naszej duszy w czystym zwierciadle Bożego Oblicza. Nie lubimy, bo pokazuje nam prawdę o nas, której nie chcemy zaakceptować. Gdzieś w głębi duszy wiem, że nie mogę ostatecznie uniknąć spotkania z Chrystusem, więc nie chcę o tym po prostu myśleć i odkładam myślenie o przygotowaniu na wieczne „nigdy”, a przecież zawsze nastąpi ono kiedyś.

Czytaj więcej: Kilka myśli na XIX Niedzielę Zwykłą

Pierwsze czytanie pokazuje opisaną w Księdze Rodzaju słynną scenę rozmowy Pana Boga z Abrahamem. Pan Bóg zamierzał zniszczyć Sodomę i Gomorę za grzechy. Abraham „targował się” z Panem Bogiem o to, żeby ze względu na kilku sprawiedliwych Pan Bóg zaniechał swojej kary i za każdym razem obniżał ich liczbę. Natomiast Pan Bóg okazał w ten sposób swoją łaskawość i życzliwość, że pozwolił na takie „targowanie” i przystał na każdą propozycję Abrahama. Wiemy, że „targowanie się” jest znakiem życzliwości i szacunku w kulturze Wschodu. Każdy, kto był na wycieczce w tamtym rejonie i kupował np. pamiątki, wie, że do kultury należy potargować się ze sprzedawcą, wtedy on szanuje klienta, a klient okazuje szacunek jemu. My w naszej kulturze nie za bardzo rozumiemy takie zachowanie i może ono być dla nas irytujące. I właśnie w dzisiejszym czytaniu nie chodzi o „targowanie się” typowe dla kultury Bliskiego Wschodu. Biblia jest przecież skierowana do wszystkich ludzi. Chodzi tu raczej o właściwy rodzaj modlitwy, a więc taki, żeby była ona skuteczna.

Czytaj więcej: Kilka myśli na XVII Niedziele Zwykłą

W dzisiejszej Ewangelii Pan Jezus przestrzega przed chciwością, to jest pożądaniem bogactwa, ale nie tylko materialnego. Pan Jezus wygłosił tę naukę, bo odezwał się do niego człowiek, którego brat pozbawił spadku. W Biblii znajdujemy w wielu miejscach opis niechęci czy wręcz nienawiści miedzy braćmi. Mamy Kaina i Abla, mamy Jakuba i Ezawa, mamy syna marnotrawnego i jego niby sprawiedliwego brata, wreszcie mamy sytuację braci z dzisiejszej Ewangelii. Każdy taki opis wskazuje na jakąś wadę człowieka, która może doprowadzić do takiego nieszczęścia. Kłótnia, walka, nienawiść czy nawet zbrodnia między braćmi jest zawsze skutkiem wielkiego, wewnętrznego nieuporządkowania któregoś z nich. Począwszy od Kaina, poprzez anonimowego brata z dzisiejszej Ewangelii aż do wielu współczesnych braci, nienawiść zżera serce od środka. A skąd bierze się nienawiść w sercu człowieka, który przecież nie jest z góry nastawiony źle do bliźnich? Otóż nienawiść jest jak zakażenie zranionego serca. Każde serce, które nienawidzi było kiedyś przez kogoś na pewno zranione. Pytanie tylko, czy zranienie serca, nawet bardzo wielkie, jest usprawiedliwieniem nienawiści?

Czytaj więcej: Kilka myśli na XIX Niedziele Zwykłą

Słyszymy dzisiaj w Ewangelii o gościnie, jakiej doświadczył Pan Jezus w domu Marty i Marii. Ich postawy nie są wzajemnie przeciwne. Do obu sióstr Pan Jezus zwraca się z wielką miłością: do Marii, bo ją naucza, a do Marty używając jej imienia podwójnie: Marto, Marto, co – jak pisze Benedykt XVI – oznaczało czuły zwrot w tamtym języku. Zatem był zadowolony z nich obu, jednak upomniał łagodnie Martę, bo ona cały swój czas chciała poświęcać ziemskim sprawom. Można w oparciu o tę Ewangelię mówić o „czasie Marty”, czyli czasie poświęcanym na nasze codzienne obowiązki, włącznie z odpoczynkiem, bo to jest także nasz obowiązek, odpoczynek też służy naszej pracy, życiu i zdrowiu. Można też mówić o „czasie Marii”, który nie znaczy lenistwa czy przerwy w pracy, ale oznacza czas świętowania, modlitwy, kontemplacji i cieszenia się obecnością Chrystusa. Jest to czas poświęcony tylko Bogu. Pan Jezus nazywa oba te czasy „cząstkami”. To znaczy, że według Niego, te dwa typy zajęć powinny zajmować po części czasu, jaki został nam dany w tym życiu. Część czasu musimy poświęcać sprawom ziemskim – są to praca i odpoczynek, ale część czasu musimy poświęcać sprawom niebieskim – są to modlitwa, czuwanie, słuchanie, rozmyślanie. Te dwie części naszego czasu są oceniane przez Chrystusa jako „dobra” i „lepsza”. Na czym polega różnica między sprawami dobrymi i lepszymi? Dobrymi możemy się cieszyć póki tylko żyjemy. Przyjdzie jednak czas, kiedy zostaną nam zabrane, a będzie to moment naszej śmierci. Będziemy musieli zostawić wtedy wszystko, co dobre, co nas tutaj, na tym świecie otacza. Sprawy lepsze to sprawy duchowe. Możemy się nimi zajmować i cieszyć póki żyjemy na tym świecie, ale dodatkowo one nigdy nie przeminą: „nie będą nam nigdy zabrane” według słów samego Pana Jezusa. Co by zostało z naszego życia, gdyby całe było wypełnione wyłącznie sprawami dobrymi, które po prostu przemijają? Wraz ze śmiercią zostalibyśmy z niczym. Dlatego ważne jest poświęcanie naszego czasu sprawom bardzo dobrym. Ogólnie takie poświęcanie czasu nazywa się u nas świętowaniem. My, dla których każdy weekend lub urlop jest czasem upragnionym, zapominamy o tym, że weekend i urlop są tylko dopełnieniem naszej pracy. One wynikają z pracy i są z nią związane. Poruszając się jedynie między pracą a weekendem możemy zapomnieć, że czas świętowania, który zajmuje nie tylko część weekendu, ale także część zwykłych dni (wszak modlić się należy codziennie) jest zupełnie innym czasem. Do poświęcania czasu na świętowanie wzywa nas III Przykazanie Boże: „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił”. Jest ono jedyne w swoim rodzaju. Gdyby było napisane tak jak inne Przykazania, brzmiałoby: „Uświęcaj dzień święty”. Wzywałoby wtedy nas do wykonywania czynności świętych – modlitwy, uczestnictwa w nabożeństwach, lektury Pisma Świętego, itd. Tymczasem to przykazanie zaczyna się od słowa: „Pamiętaj!” To znaczy, że wzywa ono do ruszenia głową, do pilnowania czegoś, do koncentracji, do skierowania naszych myśli na jakiś cel. Pan Bóg nadał III Przykazanie właśnie w taki sposób, jakby chciał zaznaczyć, że zdaje sobie sprawę z tego, że ono może najłatwiej „ulecieć” człowiekowi z głowy. Uświęca się czas tylko niekiedy, a pamiętać o tym można zawsze, nie tylko gdy się świętuje, ale także gdy się pracuje. III Przykazanie wzywa nas do zrobienia a naszej głowie miejsca na sprawy Boże – najlepszą cząstkę, której nigdy nie utracimy.

Czytaj więcej: Kilka myśli na XVI Niedziele Zwykłą

Strona 1 z 45

logo

caritas

Liturgia na dziś

Copyright © 2022 Parafia Św. Józefa w Sandomierzu. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem wydanym na warunkach GNU Powszechnej Licencji Publicznej.
DMC Firewall is developed by Dean Marshall Consultancy Ltd